To koniec Lewandowskiego w kadrze? Oto co zrobił po meczu ze Szwecją

Po ostatnim gwizdku sędziego Robert Lewandowski uklęknął przed polem karnym reprezentacji Szwecji. Kapitan polskiej drużyny zdjął maskę i przez kilkadziesiąt sekund obserwował, jak gospodarze świętują awans na mistrzostwa świata. To był już ostatni raz, kiedy zagrał przeciwko nim. Trudno było mu uwierzyć, że to faktycznie się stało.

Nie potrafię zrozumieć, jak doszło do przegranej 2:3 ze Szwecją i braku awansu na mundial. W Solnej lepsi byli Polacy, jednak popełnili zbyt wiele błędów. Być może właśnie straciliśmy naszego kapitana – Roberta Lewandowskiego.

obrazek

Lepsza drużyna przegrała – dramat eliminacji

W meczu w Solnej Polacy dwukrotnie tracili prowadzenie – po strzałach Anthony’ego Elangi i Gustafa Lagerbielke. Co gorsza, gole padały w momentach, gdy nasza reprezentacja dominowała i prowadziła grę. Mimo to biało-czerwoni potrafili się podnosić i wyrównywać. Wszystko wskazywało, że zdobędą decydującego gola na 3:2. Niestety, nie udało się. W doliczonym czasie wynik ustalił Viktor Gyökeres, wysyłając Szwecję na mundial.

Po końcowym gwizdku można odczuwać niesprawiedliwość. Chociaż nasza gra była lepsza, przegraliśmy z przeciwnikiem, który niemal nie starał się prowadzić ofensywy. Szwedzi atakowali sporadycznie, ale niemal za każdym razem kończyli akcję golem. Podobnie jak w półfinale baraży z Ukrainą – zdobyli aż trzy bramki przy czterech celnych strzałach.

Szczęście zdecydowanie sprzyjało gospodarzom. Kluczowa sytuacja wyglądała dramatycznie: po świetnej interwencji Grabary i odbiciu piłki od słupka futbolówka i tak spadła pod nogi Gyökeres. Nie potrafimy tego wytłumaczyć. W drugiej połowie katastrofalne błędy popełnił również bramkarz Kristoffer Nordfeldt, który pozostawił piłkę pod nogami rywala zamiast podać ją kolegom. Podobnie było z niezrozumiałym wybiciem piłki przed przerwą – odbiła się ona od golkipera po strzale Karola Świderskiego.

Trzeba jednak przyznać, że sami pomogliśmy rywalom przy dwóch pierwszych golach – błędy były rażące. To, czego Albańczycy nie wykorzystali w czwartek, Szwedzi skrupulatnie wykorzystali we wtorek z chłodną głową. W końcówce zabrakło nam spokoju w defensywie – pozwoliliśmy przeciwnikom zbliżyć się na tyle, by strzelić bramkę na wagę awansu. Żal pozostał, a poczucie niesprawiedliwości nie znika.

Co z Lewandowskim? Czy to ostatni mecz w kadrze?

Trudno wyobrazić sobie, że Lewandowski wierzył w tę porażkę. Po zakończeniu spotkania długo trwał na kolanach przed polem karnym Szwedów, nie odrywając wzroku od ich radości. Jego dalsza przyszłość w reprezentacji stoi pod znakiem zapytania. Po tych dramatycznych momentach widzieliśmy, jak kapitan odchodził w stronę polskich kibiców, nie zapraszając do tego reszty drużyny. Chciał im po prostu podziękować – za doping nie tylko we wtorek, ale za całokształt kariery w kadrze.

Kiedy w końcu dołączyli do niego koledzy, Lewandowski stał z boku i bił im brawa. Schodził z boiska jako ostatni, a przed zejściem do szatni za wspólną rywalizację podziękował mu nawet Gyökeres.

W sierpniu kapitan polskiej reprezentacji skończy 38 lat. Jeśli Polska awansuje na Euro, będzie miał niemal 40 lat. Pytanie brzmi, czy będzie jeszcze miał siłę i motywację, by prowadzić naszą drużę na najwyższym poziomie. Na razie odpowiedzi nie znamy.

Atmosfera ze Strawberry Areny – prawdziwy doping rywali

Jeśli Polacy mogli czegoś pozazdrościć Szwedom, to bez wątpienia fantastycznej atmosfery na własnym stadionie. Strawberry Arena znacznie przewyższała naszą rodzimą atmosferę znaną z Narodowego. Nie była to tylko fraza – szwedzcy kibice byli prawdziwym, dwunastym zawodnikiem swojej drużyny.

Jeszcze na kilka godzin przed meczem, choć wielu polskich fanów spotkałem w centrum Sztokholmu, pod stadionem dominowali gospodarze. Lokale gastronomiczne wokół stadionu były wypełnione po brzegi. Na początku kibice zajadali się i popijali, a później zaczęła się prawdziwa impreza.

DJ podgrzewał nastroje, a trybuny rozbrzmiewały hasłem „Sverige, Sverige”. Kilkanaście tysięcy dopingowało szwedzkiego bramkarza już podczas rozgrzewki. Gdy na murawie pojawili się Polacy, hałas był tak duży, że nie dało się usłyszeć własnych myśli. Poza gwizdami na nasz hymn Szwedzi zachowali się z klasą.

Kiedy Elanga zdobył pierwszego gola, tumult był niemal nie do zniesienia. Podobnie było przed przerwą, gdy Lagerbielke podwyższył na 2:1. Wsparcie ze strony kibiców dla szwedzkiej drużyny było niesamowite – nie zniechęciły ich nawet gole Polaków.

Polscy fani, których było ponad 4 tysiące, dopingowali z sektora gości i neutralnych miejsc. Na trybunach mieszaliśmy się ze Szwedami, a atmosferę można było określić jako bardzo przyjazną. Szkoda, że to gospodarze mogli cieszyć się z końcowego sukcesu, wywołując okrzyki z nazwiskiem Gyökeres.

Wściekłość trenera Urbana – momenty napięcia

Jan Urban zyskał opinię trenera spokojnego i uśmiechniętego, choć osoby dobrze go znające wiedzą, że potrafi się wkurzyć jak mało kto. We wtorek w Solnej zobaczyliśmy jego inne oblicze. Jeszcze przed strzeleniem gola na 0:1 wściekł się na błędy Polaków w wyprowadzaniu piłki i kopnął butelkę stojącą obok. Kiedy Szwedzi objęli prowadzenie, gestykulował nerwowo do asystentów, wskazując na fatalne ustawienie zespołu, które pozwalało Eladze na zbyt dużą swobodę.

Kulminacja napięcia nastąpiła tuż przed końcem pierwszej połowy po golu na 1:2. Selekcjoner surowo upomniał piłkarzy, zwracając uwagę na kolejne błędy, a kiedy rywale ponownie objęli prowadzenie, wybuchł emocjonalnie. To było widać na boisku i na ławce rezerwowych – nigdy wcześniej nie obserwowałem Urbana w takim stanie.

Mimo to po golu Świderskiego Urban nieco się uspokoił. Nadal był nerwowy, ale zaczął częściej bić brawo niż wpadać w furię. Po wyrównującej bramce w końcówce pierwszej połowy jego zachowanie stało się bardziej opanowane.